Nieustające Boże Narodzenie

   Bywały w moim życiu takie wigilie, gdy z powodu przeróżnych trudności, nie udało się nam świętować w typowy sposób. I chyba właśnie one pomogły mi zobaczyć, że istota świąt nie tkwi w oprawie zewnętrznej, ale w czymś o wiele głębszym.

Boża miłość i moja słabość

Bo oto Ten, który narodził się w Betlejem, chce się rodzić nie­ustannie we mnie, chce abym kochał jak On. Jezus pragnie obdarować nas nieskończonym szczęściem zjednoczenia z Nim. To w pełni może dokonać się w wieczności, ale już tu Pan pragnie dać nam przedsmak nieba. Niebo to Miłość, bo Bóg jest Miłością. Miłością pełną, doskonałą, wolną od egoistycznego szukania siebie i swojej przyjemności. Miłością, która nie zniewala, ale uzdalnia do daru z siebie. Modlę się o to, abym coraz pełniej poznawał Bożą miłość i coraz bardziej jej ufał.
Jestem oporny, niekiedy zbyt zatroskany o to, co doczesne. Zapracowany, zapędzony, nadmiernie skoncentrowany na spra­wach powierzchownych, mogę łatwo zgubić to, co najważ­niejsze. Do szczęścia nie doprowadzi mnie pogoń za posiadaniem, przy­jemnością, wywyższeniem się, jak usiłuje mi wmówić dzisiejszy świat. Nikt z nas nie zaimponuje Panu Bogu zgromadzonymi dobrami, uzyskanymi tytułami, piastowanymi stanowiskami.
Jezus ubogi i pokorny, miłujący aż do oddania życia ukazuje mi zupełnie inną perspektywę, inną drogę do prawdziwego szczęścia.
Jezus rodzi się w stajni – miejscu niezbyt eleganckim, zapewne nawet cuchnącym. Narodzony w Betlejem Zbawiciel może i pragnie wejść do naszych „stajni” – mrocznych zaka­marków naszych serc i naszego życia. On, który wziął na siebie całe nasze zło, jest w stanie nie tylko przebaczyć, ale też zro­zumieć, usprawiedliwić. To On może i pragnie mnie wyzwolić z moich grzechów, złych skłonności. Nic go nie zaskoczy, nie przestraszy. On zna naszą słabość – nasze złe nawyki i zniewolenia. On wie, jak nas przemienić, uleczyć. Bo to w Nim jest moc i zwycięstwo. To Jezus jest Zbawicielem – jedynym ratunkiem człowieka i świata. Jestem słaby, ale moja nędza przywołuje Jego miłosierdzie.

Przyjąć Jezusa do swego życia

Chrystus Pan przyszedł na świat nie po to, aby mnie ucie­miężyć, ale pomóc mi przezwyciężyć to, co mnie niszczy, co oddala od pełni szczęścia i wolności. Jezus – odwieczne Słowo nieskończonej miłości Ojca – nieustannie mówi do nas. Możemy Go przyjąć lub odrzucić, zaprosić do naszego życia lub pozostawić na zewnątrz. On uszanuje nasz wybór. Nie wystarczy, abym przyjmował Jezusa w Komunii świętej. Trzeba abym zaprosił Go jako Króla na tron mojego życia, by to On nim kierował. Potrzeba, abym każdego dnia na nowo potwierdzał Jego panowanie i o nie się modlił.
Najwspanialszą „instrukcją obsługi” mojego życia jest Pismo Święte. To poprzez swoje słowo Bóg pokazuje mi, jak żyć, by nie szkodzić sobie i innym. Kiedyś zdarzyło mi się uszkodzić aparat fotograficzny, bo zapomniałem o zaleceniach producenta.
Ile razy byłem nieposłuszny Bogu, tyle razy źle na tym wychodziłem – traciłem wtedy czas, zdrowie, siły, pokój wew­nętrzny. Jezus chce dla mnie tylko tego, co najlepsze, a On najlepiej wie, co prawdziwie dobre. Słowo Boga to zarazem światło, które oświeca oraz moc, która działa. Nie wyobrażam sobie życia bez codziennej modlitwy z Pismem Świętym.
Święty Jan w prologu Ewangelii napisał:

Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało, co się stało.
W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła (J 1,1-5).

Trzeba, aby Jezus stał się fundamentem mojego życia, aby Jego słowo kszałtowało moje myśli, słowa i czyny. Abym pragnął tego, czego On pragnie. Aby moje decyzje i wybory były według Jego woli. Aby moje uczucia były na wzór Jego uczuć.
Wierzę, że prawdziwe, szczęśliwe życie jest w Jezusie, a Jego światłość może pokonać wszelką ciemność we mnie i w innych.
Codziennie mogę przyjmować Jezusa w jego słowie i w Eucha­rystii. Zauważam, że gdy w dzień powszedni uczestniczę rano we Mszy świętej, cały dzień jest lepszy. Łatwiej mi się myśli, pracuje. Mam wtedy mniej stresów, a więcej pokoju, a nawet sił fizycznych.
Pan Jezus pragnie, abym niósł Go innym i przyjmował Go w drugim człowieku. Wzywa mnie, abym przebaczał jak On prze­bacza. Pragnie, abym akceptował innych, tak jak On akceptuje. Nie mogę dążyć do zjednoczenia z Bogiem, który jest Miłością zachowując w sercu złość, niechęć, osądy, uprzedzenia. Proszę Boga, aby mnie od nich wyzwalał, aby uczynił mnie cierpliwym, pokornym, miłosiernym.
Bardzo ważne jest przebaczanie. Nie zawsze jest ono łatwe, ale Pan Bóg pragnie nas do niego uzdalniać. Brak przebaczenia zazwyczaj niszczy osobę skrzywdzoną bardziej niż winowajcę. Od tego, co się faktycznie wydarzyło, często bardziej rani nas nasza reakcja na to. Rozgoryczenie, żal, urazy zatruwają nasze wnętrza. Jedno zgniłe jabłko może sprawić, że zgnije cała skrzynka jabłek. Dobrowolnie przechowywana uraza odbiera nam pokój, radość życia, osłabia intelekt i wolę, zamyka na działanie Boże, może doprowadzić do stanów depresyjnych, chorób fizycznych i psychicznych. Przebaczenie zaczyna się od decyzji woli. Uczucia mogą dogonić naszą wolę.
Pan pragnie, abym z Jego miłością patrzył na ludzi, o nich myślał, o nich i do nich mówił, abym naśladował Go w służbie i zatroskaniu o drugiego człowieka, nade wszystko o jego zbawienie.
Wierzę, że Pan pragnie, abym modlił się o Jego błogo­sławieństwo dla bliźnich, w tym dla tych, z którymi się spotykam, rozmawiam, przebywam, podróżuję. Kiedyś jechałem w autobusie z paroma osobami mocno rozkrzyczanymi. W miarę, jak się za nie modliłem, ich rozmowa stawała się coraz bardziej spokojna i wyciszona. Z doświadczenia wiem, że niekiedy wystarczyło kilka­naście sekund modlitwy w danej intencji, by wyprosić dla kogoś uzdrowienie czy rozwiązanie problemu.

Maryja rodzi Jezusa

Tą, która rodzi Jezusa w Betlejem jest Maryja. Wierzę, ze Ona swoim wstawiennictwem wspiera proces rodzenia się Jezusa we mnie. To bardzo bolesny proces, bo stary człowiek we mnie nie tak łatwo się poddaje. Podobno pycha obumrze dopiero po śmierci. Ale właśnie codzienne oddawanie się Matce Bożej jest dla mnie ogromną pomocą. Maryja jest da mnie wzorem człowieka i chrześcijanina, jest Matką mojego Pana i moją. Ona uwierzyła, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. I chce mi wyprosić tę łaskę, abym i ja ufał wszechmocy Boga, Jego możliwościom działania we mnie i w tych, za których się modlę.
Maryja poczęła z Ducha Świętego. Tylko w Duchu Świętym mogę prawdziwie kochać i żyć pełnią, jaką Bóg ma dla mnie. Nieustannie potrzebuję Jego natchnień, Jego prowadzenia. Wierzę, że to Duch Święty przekonując o grzechu, daje tak bardzo potrzebną łaskę skruchy, uzdalnia do modlitwy, świadectwa, apostolstwa.
Maryja pokazuje mi drogę posłuszeństwa i uwielbienia. Ona radowała się w Bogu i wierzę, że pragnie, abym i ja radował się w Bogu, niezależnie od okoliczności.
W mojej modlitwie mogę odwoływać się do wiary, pokory i miłości Najświętszej Maryi Panny. Wierze, że Ona poprzez swoje wstawiennictwo moją modlitwę oczyszcza i wzmacnia.

Nieustające Boże Narodzenie

Każdy dzień może nieść coś z Bożego Narodzenia. Niebo jest blisko, bo Bóg jest blisko. Nawet, gdy my bywamy daleko, Bóg jest blisko. On nigdy nie rezygnuje. Do ostatniej chwili walczy o człowieka. Ten, kto kocha nieskończenie, pragnie ogromnej bliskości – tu i w wieczności. A zarazem szanuje moją wolność i pozwala mi dokonywać wyborów. A zatem jak wykorzystam moją wolność?

Była światłość prawdziwa,
która oświeca każdego człowieka,
gdy na świat przychodzi.
Na świecie było (Słowo),
a świat stał się przez Nie,
lecz świat Go nie poznał.
Przyszło do swojej własności,
a swoi Go nie przyjęli.
Wszystkim tym jednak,
którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym,
którzy wierzą w imię Jego
– którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili (J 1,9-13).

Co zrobię z Jezusem – odwiecznym Słowem miłości Ojca. Czy znajdzie się dla Niego miejsce w gospodzie mojego serca i mojego życia, nie tylko w Święta, ale w mojej codzienności?


Zbigniew Lityński